Zamieszczenie linka jest ryzykowne dzięki unijnemu Trybunałowi. To musi uderzyć w wolność słowa!

 

, Wczoraj, 10:21

Linkowanie do treści „pirackiej” może być naruszeniem – tak orzekł Trybunał Sprawiedliwości UE w ubiegłym tygodniu. Teoretycznie wyrok miał określić prawny status linkowania, a teraz pojawia się jeszcze więcej wątpliwości. Czym jest treść piracka? Co to znaczy działać dla zysku? Czy nie lepiej było po prostu ustalić, że informowanie o adresie nie jest udostępnianiem?

Pisaliśmy już, że w ubiegłym tygodniu Trybunał Sprawiedliwości UE wydał niezwykle ważny wyrok w sprawie linkowania (sprawa C-160/15 – GS Media vs Sanoma Media i Playboy). Jeśli nie czytaliście o samym wyroku to zajrzyjcie do naszego tekstu pt. Ważny wyrok w sprawie linkowania! Hiperłącze może być naruszeniem jeśli zamieścił je złośliwy zawodowiec, uznał Trybunał Sprawiedliwości UE.

Unijny Trybunał orzekł, że samo linkowanie może być naruszeniem praw autorskich, a mówiąc ściślej linkowanie może być „publicznym udostępnieniem” utworu. Do takiej sytuacji będzie dochodziło wówczas, gdy link będzie prowadził do treści „pirackiej (tj. opublikowanej z naruszeniem praw autorskich), a osoba zamieszczająca ten link na stronie będzie działała dla zysku i nie będzie umiała udowodnić, iż działała w dobrej wierze.

Na pierwszy rzut oka wyrok może wydawać się rozsądny. Zamieszczenie linka do dzieła chronionego i udostępnionego „nielegalnie” może przecież zwiększyć szkody po stronie posiadaczy praw autorskich. Ponadto materiały udostępnione „nielegalnie” mogą być trudne do znalezienia, a jeden link w poczytnej gazecie może uczynić je popularnymi. Wiemy zatem jakie racje przemawiają za wyrokiem unijnego Trybunału, ale czy te racje stanowią wystarczające uzasadnienie dla uznania, że linkowanie może być tożsame z udostępnianiem?

Osobiście miałem sporo wątpliwości. Przeczytałem wyrok kilka razy i przez weekend sporo o nim myślałem. Im dłużej myślałem, tym bardziej docierało do mnie jak bardzo niebezpieczną rzecz zrobił Trybunał.

Sprawdzać legalność udostępnienia? Łatwo powiedzieć!

Łatwo jest powiedzieć, że osoba zamieszczająca link powinna sprawdzić legalność udostępnienia. Problem w tym, że w wielu przypadkach jest to niemożliwe albo niezwykle czasochłonne. Przykładowo w serwisie Flickr znajdziemy mnóstwo zdjęć udostępnionych na wolnej licencji, ale tak naprawdę każdy użytkownik może wgrać dowolne zdjęcie i oznaczyć je jako „wolny” materiał. Pytanie brzmi, czy dziennikarz linkujący do takiego zdjęcia może polegać na notce o licencji? A może powinien poszukać innych kopii tego zdjęcia i porównać informacje o licencjach? Jak głębokie poszukiwania należy przeprowadzić, aby mieć pewność co do legalności linkowania?

A może inny przykład?

Na YouTube ktoś wrzucił nagranie z jakiegoś ważnego wydarzenia (marszu, zamieszek itd.). Dziennikarz nie powinien kopiować i udostępniać takiego nagrania jeśli nie ma pewności co do autorstwa. W przeszłości jednak dziennikarz mógł zamieścić link i powiedzieć: „zobaczcie, tam jest nagranie”. Po ostnim wyroku Trybunału nawet taki link może być naruszeniem. Oczywiście dziennikarz mógł działać w dobrej wierze, ale czy na pewno działał? To jest płynne, a ryzyko spoczywa na dziennikarzu, blogerze, kimkolwiek kto linkuje.

Nie zrozumcie mnie źle. Media powinny bardzo uważnie sprawdzić co udostępniają. Jeśli jednak zrównujemy linkowanie z udostępnieniem to oznacza, że media muszą uważnie sprawdzać o czym informują i muszą poddawać się autocenzurze. To chyba niedobrze.

Link to tylko adres

Wyrok TSUE może stworzyć nową kategorię treści tj. treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne. Media mogą unikać linkowania do takich treści i to wpłynie na wolność słowa i jakość przekazywanych ludziom informacji. Pracownicy mediów mogą bowiem omijać linkowanie na dwa sposoby.

  1. Poprzez opisywanie tego, co widać w treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne,
  2. Opisy tego, jak dotrzeć do treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne.

Szczególnie absurdalny będzie sposób drugi. Hiperłącze nie jest niczym innym jak tylko wskazaniem adresu, pod którym można znaleźć daną treść. Przeglądarka internetowa zamienia tę wskazówkę na „klikalny” element – to wszystko. Jeśli dziennikarze będą unikali linków i zamiast tego będą publikować inne wskazówki, będzie to wyglądać jak omijanie głupawej cenzury. A może jakiś kolejny wyrok zakaże dziennikarzom mówienia o tym jak można znaleźć coś, co jest publicznie dostępne? Jesteśmy tylko krok od takiego absurdu!

Problemy z domeną publiczną

Dodatkowym problemem jest złożoność praw autorskich. Utwór chroniony w jednym europejskim kraju może być niechroniony w innym. Taka sytuacja dotyczy Dziennika Anny Frank, o którym pisaliśmy w czasie tegorocznego Dnia Własności Intelektualnej.

Załóżmy teraz, że ktoś utworzył stronę na której znalazł się tekst Dziennika Anny Frank. Ja linkuję do tej strony specjalnie, z zamiarem udostępnienia dzieła innym. Czy popełniłem naruszenie? Bardzo dobre pytanie! Przecież świadomie linkowałem do czegoś, co jest dziełem chronionym w Holandii! Teoretycznie więc zachowałem się jak pirat, ale z drugiej strony w moim kraju to konkretne dzieło jest częścią domeny publicznej! No więc jak? Czy popełniłem naruszenie?

Niejasne pojęcia vs uzasadnione działania

Przez długi czas uważano, że status prawny linkowania jest niepewny. Wyrok w sprawie C-160/15 miał tę pewność wprowadzić, ale tak wcale się nie stało. Grupa obywatelska La Quadrature du Netjuż zauważyła na swoim blogu, że nie zawsze będzie jasne co to znaczy „działać dla zysku”.

Z kolei organizacja Electronic Frontier Foundation zauważa, że w wielu sytuacjach linkowanie do treści „naruszających” może być zasadne. Załóżmy, że rodzi się spór o plagiat jakiegoś tekstu. Pracownik mediów lub bloger może w takim przypadku odczuć potrzebę linkowania do dwóch tekstów – rzekomego plagiatu oraz tekstu „oryginalnego”. Niestety taki link może okazać się naruszeniem, co EFF określa jednym słowem – „szaleństwo”.

„Poważne zakłócenia funkcjonowania internetu”

Chętnie dla przeciwwagi podałbym linki do pozytywnych opinii o wyroku. Spodziewałem się, że przemysł „prawnoautorski” opublikuje takie oświadczenia. Niestety organizacje branży „prawnoautorskiej” na razie milczą. Sprawdzałem na stronach IFPI, RIAA, MPAA, MPA Europe, FEP, IWP i kilku innych organizacji. Nic. Cisza.

Być może głosy wsparcia dla tego wyroku jeszcze się pojawią. Z drugiej strony sami wydawcy powinni mieć świadomość, że są podmiotami działającymi dla zysku i oni również mogą odpowiedzieć za „bezprawne” linkowanie. Może dlatego nie ma jeszcze oświadczeń? Może wydawcy nie wiedzą co o tym myśleć?

Nie ulega jednak wątpliwości, że obecny wyrok wpisuje się w dążenia Komisji Europejskiej i niektórych wydawców do wprowadzenia tzw. podatku od linkowania. Komisja może teraz mówić, że jedynie ureguluje prawnie to, co Trybunał już wprowadził w życie. Chodzi o ideę utożsamienia linkowania z „udostępnianiem” utworu. Szaleństwo, ale Komisja tego chce.

Niestety w ten sposób Trybunał zrobił coś, przed czym w kwietniu 2016 roku ostrzegał jego rzecznik generalny Melchior Wathelet.  Był on zdania, że zamieszczenia linków na stronie nie można zakwalifikować jako „czynności publicznego udostępniania” gdyż „każda inna interpretacja pojęcia publicznego udostępniania powodowałaby poważne zakłócenia funkcjonowania internetu”.

Te poważne zakłócenia mogą jeszcze wystąpić i mogą być wzmocnione po reformie prawa autorskiego w UE.

Więcej o prawach autorskich w Dzienniku Internautów 

 

źródło: http://di.com.pl/zamieszczenie-linka-jest-ryzykowne-dzieki-unijnemu-trybunalowi-to-musi-uderzyc-w-wolnosc-slowa-55460

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Zamieszczenie linka jest ryzykowne dzięki unijnemu Trybunałowi. To musi uderzyć w wolność słowa!”

  1. mgrabas Says:

    Marcin Maj, Wczoraj, 16:09
    Aktualizacja: Dzisiaj, 08:26

    Podatek od linków, zautomatyzowana cenzura. Bruksela proponuje prawo autorskie według życzeń korporacji

     

    Jest tak źle jak się obawiano. Nowe prawo autorskie w UE może być znacznie gorsze niż zapisy ACTA, które kiedyś wyprowadziły ludzi na ulice. Widać, że Komisja Europejska uważnie słuchała lobbystów, natomiast głos strony społecznej albo jej umknął, albo został celowo zignorowany.

    • Komisja Europejska oficjalnie zaproponowała zmiany w prawie autorskim
    • Zaproponowano zmuszenie platform internetowych do automatycznego cenzurowania treści użytkowników. 
    • Zaproponowano nowy rodzaj praw dla wydawców prasy, który w praktyce wprowadzi tzw. „podatek od linków”. 

    Niedawno pisaliśmy o tym, że reforma praw autorskich w UE może być spełnieniem życzeń korporaccji i wdrożeniem idei zawartych w ACTA. Pisaliśmy o tym na podstawie wycieków.

    Teraz już oficjalnie możemy powiedzieć, że Komisja Europejska szykuje pro-korporacyjną reformę praw autorskich.  

    Przy okazji dzisiejszego orędzia o stanie Unii Europejskiej, wygłoszonego przez przewodniczącego Junckera, Komisja przedstawiła propozycje dotyczące modernizacji prawa autorskiego.

    Pragnę, by dziennikarze, wydawcy i autorzy otrzymywali sprawiedliwe wynagrodzenie za swoją pracę, niezależnie od tego, czy jest ona wykonywana w studio, czy we własnym mieszkaniu, czy rozpowszechniana jest za pomocą internetu, czy też poza nim, czy publikowana jest przy użyciu kopiarki czy też linku w sieci – mówił Juncker.

    Niestety ta wypowiedź celnie oddaje to, że przy reformie pominięto potrzeby innych grup – edukatorów, pracowników kultury, użytkowników kultury, także niektórych twórców.

    Ułatwianie dostępu do treści?

    Przedstawione dzisiaj wnioski dotyczące praw autorskich mają trzy główne priorytety. Pierwszym z nich jest rzekomo lepszy dostęp do treści. Komisja proponuje „przyjęcie instrumentu prawnego, który pozwoli nadawcom na łatwiejsze uzyskanie zezwoleń, które muszą otrzymać od podmiotów praw autorskich, aby móc nadawać programy online w innych państwach członkowskich UE”.

    Ponadto, aby wspomóc rozwój oferty wideo na żądanie (VoD), Komisja wezwie państwa członkowskie do utworzenia organów odpowiedzialnych za negocjowanie umów licencyjnych (obejmujących usługi transgraniczne) między podmiotami praw do treści audiowizualnych a platformami VoD. Dialog z sektorem audiowizualnym w kwestii licencji i wykorzystywania innowacyjnych narzędzi – takich jak platformy licencyjne – uzupełni ten mechanizm.

    Poza tym Komisja wyda 1,46 mld euro z podprogramu MEDIA w ramach programu „Kreatywna Europa”, aby „wspierać rozpowszechnianie treści kreatywnych w różnych krajach”. Te połączone działania będą „zachęcać społeczeństwo do odkrywania programów radiowych i telewizyjnych z innych państw europejskich oraz do utrzymywania kontaktów z ojczyzną”.

    Wszystko fajnie, ale czy Komisja Europejska nie obiecywała czegoś więcej? Najwyraźniej nadal będą istnieć zasadnicze bariery terytorialne w dostępie do treści. Komisja Europejska nie zniesie tzw. geoblockingu najprawdopodobniej dlatego, że nie życzy sobie tego przemysł rozrywkowy,

    Przepisy z myślą o badaniach/edukacji

    Drugi priorytet to edukacja.

    Proponowana dyrektywa ma ułatwić naukowcom w UE stosowanie technik eksploracji tekstów i danych do analizy dużych zbiorów danych. Komisja proponuje również wprowadzenie nowego obowiązkowego unijnego wyjątku, który pozwoli instytucjom zajmującym się dziedzictwem kulturowym na zachowanie prac w formie cyfrowej.

    Ponadto zamiarem Komisji jest wprowadzenie ustawodawstwa mającego na celu wdrożenie Traktatu z Marrakeszu w sprawie ułatwienia dostępu do opublikowanych utworów drukowanych osobom niewidomym i słabowidzącym.

    Teraz najgorsze – autocenzura, podatek od linków

    Trzecim priorytetem jest „bardziej sprawiedliwy rynek”. Niestety zdaniem Komisji ma to oznaczać „rynek, na którym interesy wydawcy są najważniejsze” (dodajmy: nawet tak ważne, że mogą szkodzić samym wydawcom).

    Zacytujmy w tym miejscu fragmenty z komunikatu prasowego Komisji Europejskiej.

    Dyrektywa w sprawie praw autorskich ma wzmocnić pozycję podmiotów praw autorskich w zakresie negocjowania warunków i sposobów płatności za korzystanie z ich treści online na platformach udostępniania plików wideo (np. YouTube lub Dailymotion). Platformy te będą miały obowiązek zastosowania skutecznych środków, takich jak technologia automatycznego wykrywania utworów muzycznych lub audiowizualnych. Dzięki nim podmioty praw autorskich będą w stanie identyfikować swoje dzieła, wydawać zgodę na ich publikację na platformie lub żądać ich usunięcia.

    Gazety, czasopisma i inne wydawnictwa prasowe skorzystały z przejścia od druku na usługi cyfrowe i internetowe, takie jak media społeczne i agregatory wiadomości. Sytuacja ta doprowadziła do rozszerzenia grona odbiorców, ale odbiła się również na dochodach z reklam i sprawiła, że licencjonowanie i egzekwowanie praw stało się coraz trudniejsze. Komisja proponujewprowadzenie nowego prawa dla wydawców, które jest podobne do już obowiązującego w UE prawa odnoszącego się do producentów filmowych, producentów nagrań i innych podmiotów działających w sektorach kreatywnych, np. nadawców.

    Tak jak się spodziewaliśmy, komisja wsłuchała się w teorie przemysłu muzycznego o istnieniu tzw. „luki wartości”. Zaledwie wczoraj IFPI publikowała raport o tej luce, a dziś dziwnym trafem Komisja odpowiada na problem.

    Do tej pory serwisy takie jak YouTube absolutnie dobrowolnie stosowały rozwiązania takie jak Content ID. Powodowało to niezwykłe absurdy np. Warner usuwał nagranie kolędy, bo rościł sobie prawa do tej kolędy.Mechanizmy antypirackiej autocenzury nie są doskonałe, ale w przyszłości ich stosowanie może być obowiązkowe. To jest poważne zagrożenie dla wolności komunikowania się w internecie.

    Jeśli chodzi o „podatek od linków” to komisja proponuje ni mniej ni więcej tylko wdrożenie rozwiązań, które pozwolą wydawcom domagać się pieniędzy np. za linki do ich tekstów w usługach Google. Podatek od linków jest rozwiązaniem dwukrotnie niesprawdzonym i można napisać setki stron o jego krytyce.

    W marcu 2013 Niemcy przyjęły prawo, które wymaga od wyszukiwarek odprowadzania opłat licencyjnych za wykorzystanie fragmentów tekstów dłuższych niż „pojedyncze słowa lub krótkie fragmenty”. W efekcie w październiku 2014 roku firma Google zapowiedziała, że ograniczy widoczność treści od wydawców. Duży wydawca Axel Springer dał za wygraną i poprosił organizację VG Media, aby udzieliła firmie Google darmowej licencji na korzystanie z jego treści. To była pierwsza porażka „podatku od linków”.

    Potem była druga porażka w Hiszpanii. Ten kraj wprowadził nowy rodzaj praw (tzw. „ancillary copyright”) aby umożliwić wydawcom zarabianie na linkach do ich gazet. W reakcji na to Google zamknęła usługę Google News. Co ciekawe, wydawcy protestowali przeciwko zamknięciu usługi tak jakby wierzyli, że Google ma obowiązek utrzymywać nierentowną usługę tylko po to, by im płacić. Przeprowadzone później badania wykazały, że nowe prawo generalnie zaszkodziło rynkowi hiszpańskiemu niszcząc rynek agregatorów wiadomości.

    Dodajmy jeszcze, że rok temu w Parlamencie Europejskim przyjęto tzw. raport Redy, który przewidywał zmiany w kierunku liberalizacji prawa autorskiego. Przy okazji Parlament opowiedział się przeciwko ancillary copyright. Co z tego? Komisja Europejska całkowicie zignorowała głos Parlamentu Europejskiego, tym samym ignorując głos Europejczyków.

    Organizacje społeczne krytycznie o reformie

    Jeszcze raz pozwolimy sobie przypomnieć, że o reformie praw autorskich w UE zaczęło się mówić krótko po upadku porozumienia ACTA. Reforma post-ACTA miała dostosować prawo do rzeczywistości cyfrowej. Miała je zracjonalizować i zliberalizować.

    Dziś Komisja Europejska zaproponowała reformę prokorporacyjną, betonującą wady praw autorskich, zawierającą elementy z ACTA i jeszcze gorsze dodatki. Nie jest to tylko nasze zdanie. Poniżej wypowiedzi przedstawicieli organizacji społecznych, które brały udział w debacie o prawie autorskim UE.

    Celem reformy miało być stworzenie warunków umożliwiających funkcjonowanie Jednolitego Rynku Cyfrowego. Niestety, zaprezentowana przez Komisję propozycja nadal pozostawia wiele kwestii do uregulowania na poziomie krajowym, co raczej zróżnicuje jeszcze bardziej warunki w krajach UE i oddali nas od harmonizacji. W efekcie Europa nie będzie miejscem, gdzie nowe technologie i kreatywne sektory gospodarki będą mogły się dynamicznie rozwijać – powiedział Marcin Serafin, szef działu polityk publicznych Centrum Cyfrowego.

    Komisja Europejska faworyzuje interesy wydawców. Tymczasem prawo autorskie powinno dążyć do zbilansowania potrzeb twórców, użytkowników i firm działających na rynku. Komisja zapomniała również, że prawo autorskie musi wspierać interes publiczny, w takich obszarach jak edukacja i nauka – dodał Alek Tarkowski, dyrektor Centrum Cyfrowego.

    Potrzebujemy reformy praw autorskich, która dopasuje Europę do XXI wieku. Teraz mamy propozycję, która zatruwa wolność słowa, zatruwa europejski biznes i zatruwa kreatywność – powiedział Joe McNamee z organizacji European Digital Rights.

    – Ta antypostępowa propozycja oznacza katastrofę dla wolności wypowiedzi w internecie i dla konkurencyjności europejskich startupów. Na domiar wszystkiego ona uderzy także w wydawców. Jeśli efektywnie wzniesiemy paywalle dla linków na europejskich stronach, platformy internetowe i użytkownicy po prostu będą unikać dzielenia się nimi – zauważyła europosłanka Julia Reda.

    To tylko wybrane krytyczne wypowiedzi. Jest tego znacznie więcej.

    Google: Potrzeba zrównoważonego prawa

    Głos w sprawie reformy zabrała także firma Google. Na europejskim blogu Google napisano, że w przedłożonych propozycjach są rzeczy, które da się lubić. Niestety…

    – ...są również niepokojące elementy, mając na uwadze że sieć zależy od możliwości dzielenia się treściami przez użytkowników. Dzisiejsza propozycja sugeruje, że utwory zawierające tekst, filmy i obrazy muszą być filtrowane przez usługi online. To efektywnie zmieni internet w miejsce, gdzie przesłane treści muszą być dopuszczone przez prawników zanim widownia będzie mogła je znaleźć – czytamy na blogu Google.

    Google zwróciła też uwagę na pomysł rozszerzenia monopolu prawnoautorskiego wydawców prasy. Ten pomysł przyniósł złe efekty w Niemczech i Hiszpanii. Zdaniem Google uderzy to w każdego kto pisze, czyta lub po prostu chce dzielić się treściami. Google zauważyła też, że prawo powinno równoważyć wszystkie interesy, ale najnowsze propozycje nie zapewniają równowagi.

    Czy oni rozumieją?

    W ramach dodatkowego komentarza dorzucimy jedno zdjęcie. Przedstawia ono skład Komisji Euroepejskiej. Czy wierzycie, że każdy z tych ludzi naprawdę rozumie problemy współczesnych technologii? Oczywiście niejeden człowiek w wieku tych państwa świetnie zna nowe technologie, ale czy ta ekipa naprawdę rozumie jakie problemy już sprawiają prawa autorskie w świecie cyfrowym? Czy Ci ludzie naprawdę potrafią przewidzieć jak niebezpieczne może być manipulowanie przy kwestii odpowiedzialności wydawców za treści użytkowników?

    Komisja Europejska
    Nasze orły od rynku cyfrowego? Komisja Europejska (zdj. © European Union 2014 – European Parliament)

    Dokumenty?

    Jeśli chcecie wiedzieć więcej, na stronie Komisji Europejskiej znajdziecie:

    źródło: http://di.com.pl/podatek-od-linkow-zautomatyzowana-cenzura-bruksela-proponuje-prawo-autorskie-wedlug-zyczen-korporacji-55487

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s