Czy rozmawiamy o istotnych detalach polityki międzynarodowej, czy o jej ogólnym obrazie w oczach polskich – trudno oprzeć się wrażeniu, że uczestnicy „debat” grają tylko w popularną dziecięcą grę w warzywo wymienione w tytule.

Ot, pierwszy z brzegu przykład niemal z codziennych wiadomości: spore grono całkiem niegłupich ludzi (ale i niemały krąg takich stukniętych również) uważa, że „Polsce potrzebna jest nowa strategia bezpieczeństwa, nowa polityka obronna!„. Hmm, no pewnie tak. Spójrzmy bowiem jak nam się udaje rozpoznawanie najprostszych mechanizmów militarnych i dyplomatycznych. Wystarczy zadać

proste pytanie:

– Kogo satysfakcjonuje status quo osiągnięte w konflikcie ukraińskim, a komu zależy na jego zmianie?

Z kompromisu zawartego w Mińsku, chociaż w większej mierze pozostał on na papierze – szczególnie zadowolona była Rosja, nieco mniej republiki ludowe (które przed zawarciem porozumienia miały inicjatywę na froncie), zaś Kijów tylko w tym zakresie, jaki pozwolił na uniknięcie natychmiastowej klęski. Od miesięcy też to Rosja upiera się, by nadal trwać na gruncie mińskiego dogowora, republiki ludowe chcąc nie chcąc czekają, aż zostanie ono w pełni wprowadzone w życie – a tylko obecnym władzom ukraińskim zależy na przewróceniu kompromisu zawartego pod przymusem, w sytuacji bezpośredniego zagrożenia i bodaj wyłącznie dla kupienia sobie dodatkowego czasu.

Powtórzmy zatem (bo nauka polega wszak na repetycji): Rosja jest zadowolona ze status quo w Donbasie, republiki ludowe przyjmują je do akceptującej wiadomości, Ukraina chce za wszelką cenę obalić. Kto więc jest oczywistą stroną atakującą? Niestety, rozwodzący się nad potrzebą strategicznego myślenia wojskowo-dyplomatycznego w Polsce mogą nie odpowiadać. Wiadomo wszak, że właściwa odpowiedź brzmi: POMIDOR…

Zresztą, kiedy już Ukraina pełnowymiarowo po raz kolejny najedzie Donbas – w żadnym wypadku nie będzie to przecież akt agresji. Podobnie napaść Gruzji na Osetię Południową w 2008 r. absolutnie nie może być uznana za wywołanie wojny. Nie mówiąc już o tym, że w 1939 r. Niemcy po prostu weszli sobie do Kattowitz, no bo chyba nikt nie traktuje poważnie tych polskich zielonych ludzików, których ulokował tam francuski imperializm!

Bez szans na rozbiory…

Przejdźmy jednak do spraw ogólniejszych. Oto człowiek mądrości wielkiej (acz od niedawna, tj. od jakichś kilkunastu lat strasznie przynudzający), red. Tomasz Gabiśnapisał: „Polskie „stronnictwo polityki realnej” przyjmuje do wiadomości aktualne geopolityczne położenie Polski w amerykańskiej strefie wpływów (w NATO) i uważa radykalne kwestionowanie aktualnego systemu sojuszy wojskowo-politycznych za pozbawione politycznego sensu, niezgodne z polską racją stanu i stanowiące, pod pewnymi względami, kontynuację naszej nieszczęsnej tradycji insurekcyjneji”. Jak mu się to często zdarza, red. Gabiś ma rację i nie ma racji. W innych realiach międzynarodowych działanie wbrew ustanowionemu porządkowi geopolitycznemu byłoby z pewnością klasycznym myśleniem insurekcyjnym. Pytanie jednak brzmi, czy otaczający nas ład jest stabilny czy też nie. Otóż można z dużą dozą pewności postawić tezę, że znajdujemy się w przede dniu jego zmiany, porównywalnej z tą dokonaną w latach 1914-18 czy po 1989 r. A zatem formułowanie alternatywnych programów geopolitycznych przestaje być awanturnictwem i utopizmem, a staje się po prostu koniecznością. Zwłaszcza, kiedy chodzi o programy zmierzające do przywrócenia niepodległości Polski oraz zabezpieczenia interesów narodowych Polaków.

Oczywiście, w rozważaniach na takie temat należy pomijać co tu się komu wydaje i co deklarują kierujący formalnie III RP – bo przecież nie czynią tego samodzielnie, ani w polskim interesie. By zrozumieć naszą sytuację geopolityczną i praktyczny brak perspektyw (nie zwalniający jednak od kreowania konstrukcji teoretycznych i programowych) – sięgnijmy do dość odległej analogii. W XVIII wieku to Prusy były państwem zainteresowanym zmianą istniejącego stanu rzeczy i wdrożeniem polityki rozbiorów wobec Rzeczypospolitej. Przeciwnego zdania była Rosja, zdeterminowana (do czasu…) by status quo utrzymać, utrzymując państwo polsko-litewskie w stanie niemal niezmiennym, za to podległym moskiewskim wpływom. Obecnie mamy zaś do czynienia z sytuacją do pewnego stopnia odwrotną. Z perspektywy 27 lat okazało się, że straszenie niemieckim rewizjonizmem i rewindykacjami terytorialno-własnościowymi o tyle okazało się nietrafne, że Niemcy zamiast wykrajać sobie kawałki – wzięli sobie całość polskiej gospodarki, a więc i przejęli realny nadzór (geo)polityczny. Można zatem zakładać, że mimo obecnych kłopotów ekonomiczno-etnicznych – działający pod protekcją amerykańską Berlin jest z uzyskanego efektu zadowolony. Oczywiście więc, gdyby historia miała się powtarzać – to lepiej a’rebours, a więc by mimo oporów niemieckich udało się jeśli nie strząsnąć całą obecną zależność (drogą odbudowy własnej gospodarki), to przynajmniej wykroić jakąś geopolitycznie i ekonomicznie niezależną Polską Rzeczpospolitą Narodową. Niestety, sami ani zadania w wersji max, ani mini zrealizować nie jesteśmy i nie będziemy w stanie – a na pomoc z zewnątrz nie bardzo mamy co liczyć, o czym choćby koledzy z Donbasu, na których właśnie sypią się ukraińskie rakiety – mogą zaświadczyć.

Faktycznie jednak, sytuacja Polski jest o tyle odmienna, niż Ukrainy i Donbasu, bowiem to wspomnianym siłom zewnętrznym, głównie Niemcom działającym pod opieką amerykańską (a więc trochę podobnie jak we wspomnianym wieku XVIII, tylko wówczas wsparcie było brytyjskie) – zależy na utrzymaniu osiągniętego tu status quo – podczas gdy sami Polacy powinni dążyć niemal za wszelką cenę do zmiany swego położenia, jako skrajnie niekorzystnego tak bieżąco, jak i w perspektywie długoterminowej. Jakkolwiek bowiem teza taka nie wydawałaby się dziwaczna i przerysowana – Polacy są obecnie w gorszej sytuacji, niż pod zaborami, kiedy to panujące warunki (także przez mnożenie przeciwności) w pewnym sensie sprzyjały rozwojowi świadomościowemu i społeczno-ekonomicznemu, podczas gdy współcześnie na tym polach spotyka nas i czeka wyłącznie regres.

Sami Polacy jednak ostatecznie jak zwykle poszliby tam, gdzie się ich po(d)prowadzi, oczywiście wierząc w swoją wolną wolę. Poważniejszy problem polega na tym, że na zmianie stosunków w Polsce i jej sytuacji nie zależy bodaj żadnemu potencjalnemu partnerowi zewnętrznemu. Mówiąc brutalnie – na Polsce nie zależy nikomu. Nawet czerpiącym korzyść z jej podporządkowania Niemcom (bo gdyby zależało to by traktowali nas trochę chociaż lepiej), nie mówiąc o uważających nas za wasala drugiej kategorii Amerykanach. Sądząc zaś po wynikach wyborów i kierunkach migracji – nie zależy nawet samym Polakom. Na pytanie więc: komu właściwie tak naprawdę potrzebna jest Polska? – odpowiedź brzmi znajomo: POMIDOR.

Kompleks Kutuzowa

Zaczęliśmy od ustalenia, że to nie Rosja chce i dąży do wojny, przynajmniej na odcinku ukraińsko-donbaskim, a więc jeszcze mnie prawdopodobne jest, by była zainteresowana konfliktem z udziałem Polski i na naszym terytorium. Wbrew bowiem propagandzie sączącej się z publikatorów w Polsce – prezydentPutin to nie Stalin, Dżyngis Chan czy Atylla, ale raczej współczesny Wellington – albo jak ktoś woli Kutuzow: spec od czekania, defensywy, przetrzymywania rzeczywistości. Czy jak tamci wielcy wodzowie doświadczy w związku z tym ostatecznego triumfu – czy tylko ma nadzieję, że wszystkie te już widoczne i te dopiero spodziewane kłopoty zdarzą się Rosji już po jego odejściu?

Jak to?! – zawoła jakiś expert, który w Rosji był już dwa razy, a zatem jest jej wybitnym znawcą. Czemuż wiec Moskwa zajęła tyle krain, tyle państw rozsadziła!? Cóż, częściowo odpowiedziałem na to przed laty pisząc o zajęciu Krymu: bo mogła. Ale warto też dopowiedzieć: a mogła wiele więcej i tego nie uczyniła. Wszak ilość Rosjan w czasach Sojuza beztrosko oddzielonych wraz z zajmowanymi terytoriami od federacyjnej macierzy wciąż jest olbrzymia (sięgając 22 mln), a powodów do interwencji w ich obronie choćby na Łotwie, na Litwie czy w Estonii – Moskwa miałaby aż nadto. Ba, przed 8 laty nikt na świecie (tzn poza Polską ) nie zdziwiłby się, gdyby odpierające gruzińska agresję na Osetię rosyjskie czołgi wjechał do Tbilisi obalając reżim Pożeracza Krawatów. A jednak Kreml tego wszystkiego nie uczynił i nadal robić wyraźnie nie chce.

Rosja ani nas nie podbije, żebyśmy wolni od innych trosk mogli robić sobie powstania – o czym marzą jedni, ani też nie zaprowadzi tu za nas porządku – czego mniej lub bardziej po cichu pragnęliby inni. Po co Rosja miałaby podporządkowywać i brać sobie na głowę coś tak nieważnego i nieznaczącego jak Polska? Oczywiście, odpowiedź brzmi: POMIDOR. Bo ma taki zaborczy charakter i koniec!

Kciuki za Putina

Zresztą dociekanie detali tylko denerwuje rozmówców, na zasadzie: może i masz rację ale masz ją z niskich pobudek! Czy Rosja chciałaby nam wciskać swoje towary, bo tak atrakcyjnym jesteśmy rynkiem? Nie. Czy my mamy coś, co by nam chcieli zabrać, czego sami nie mają w nadmiarze, jak terytorium czy kopaliny? Nie. Czy potrzebują naszego poparcia międzynarodowego? Też nie. Tylko gdybyśmy sami się wyzwolili z krępujących obecnych zależności i świadomie działali na rzecz wielobiegunowego świata bez hegemonii dolara i USArmy – wówczas uzyskalibyśmy pewną wartość nie tylko dla Rosji, a le w ogóle w świecie, nie mówiąc już o korzyściach dla samej Polski i Polaków

Jeśli więc to rosyjska polityka odniesie sukces i wznowienia wojny w Donbasie jednak nie będzie (a co za tym idzie oddali się i globalna eskalacja konfliktu) – tak czy siak Polacy mieli powody do ulgi. Cały czas tylko rosyjska cierpliwość (jak nazywają ją inni – naturalnie słowiańska bierność) strzeże świat przed wojną na pełną skalę. Oczywiście, przetrwanie to zysk nie do pogardzenia i nie ma co wybrzydzać – ani szansy na nie unicestwiać, co z upodobaniem uczyniłby obecny zarząd Polski. Trzeba też jednak mieć świadomość, że skoro Rosja naprawdę nie jest stroną agresywną ani w konflikcie ukraińsko-donbaskim, ani w ogóle w polityce światowej, zaś wojna globalna, wymierzona nie tyle w samą Rosję, co w postępującą emancypację krajów z kręgu BRICS – byłaby zgubą przede wszystkim dla Polski, to musimy sobie radzić sami, w istniejących realiach i z uwzględnieniem istniejących uwarunkowań. Tylko komu zależy, żeby Polska znowu była władna, suwerenna i gospodarna?

POMIDOR…

Konrad Rękas